3 składniki miłości – Zaangażowanie

0
337

Intensywność zaangażowania, trzeciego składnika miłości, wzrasta wraz z narastaniem intymności i namiętności (o których pisałam w poprzednich artykułach). Charakterystyczną cechą tego zjawiska jest to, że zaangażowanie poddaje się rozumowi. (W przeciwieństwie do namiętności, która znajduje się poza naszą świadomą kontrolą i intymnością, która jest plastyczna tylko w pewnej części). Oznacza to, że mamy świadomość naszych decyzji, myśli, uczuć i działań zainwestowanych w celu przekształcenia relacji miłosnej w trwały związek oraz utrzymania go pomimo napotkanych niegodności. Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że jakość związku zależy w dużej mierze od aktywności własnej. Tak więc prof. Maria Braun-Gałkowska potwierdziła tezę, że wszelkie zmiany należy zacząć od siebie. Kolejne twierdzenie, któremu nie sposób odmówić słuszności, odnajdujemy w pracy prof. George’a Levingera: aby związek należał do udanych, trzeba pamiętać o wymianie pozytywnych działań i uczuć. Możemy więc z lekkim egoizmem w tle uczyć się przyjmowania wszelkich dóbr od partnera lub partnerki.

Zaangażowanie w związek można śmiało nazwać inwestycją. Skoro robimy to świadomie? Wyobraź sobie, że grasz na giełdzie. Wszystkie oszczędności lokujesz w akcje jednej firmy – afiliacja. W tym momencie to nieważne, czy jest ona zalegalizowana, chociaż zapewne z małżeństwa trudniej się wyplątać, o ile taka opcja miała rację bytu lub potrzebę zaistnienia. Ale do rzeczy. W pewnym momencie stajesz się szczęśliwym posiadaczem, powiedzmy, sześćdziesięciu procent udziałów. Któregoś dnia jednak okazuje się, że wartość akcji spada na łeb na szyję, a Ty stajesz w obliczu dwóch rozwiązań:
– inwestujesz zaskórniaki, wierząc w progres firmy,
– błyskawicznie zwijasz żagle i uciekasz z tonącego statku.

A teraz spróbuj tę historyjkę przełożyć na swoją relację z najbliższą Ci osobą…

Gdy pierwszy raz wykorzystałam to porównanie, usłyszałam: „aaa, to coś innego”. A jednak wspomniani psychologowie nie dostrzegają zbyt dużych różnic. Często zarówno właściciele firm, jak i akcjonariusze oraz zaangażowani w swój związek partnerzy chwytają się wszystkich możliwości, by ratować to, co przez lata tak dobrze im służyło. Zmian boją się ludzie najbardziej, niemalże tak bardzo jak wystąpień publicznych. Wychodząc z założenia, że kiedyś ta inwestycja musi się zwrócić, dokładają do niej z nadzieją na nadejście lepszych czasów. Ale naukowcy podają jeszcze inne powody, dla których inwestujemy w związek w celu jego podtrzymania. To wstyd i zasady moralne. Jak przyznać się, że utopiliśmy dwadzieścia lat w czymś, co pękło jak bańka mydlana, w czymś, z czego już od dawna nie wynikają dla strony zainteresowanej żadne korzyści? I co powiedzą inni?

W literaturze przedmiotu wyróżnia się trzy główne determinanty wpływające na powodzenie związku małżeńskiego. Są to:
– pozytywne uczucia małżonków żywione wobec siebie,
– ograniczenie swobody rozwiązywania związku,
– nieatrakcyjność innych możliwości w porównaniu z aktualną sytuacją małżeńską, czyli samotność lub powtórne małżeństwo – mgr Maria Chmielewska.

Owe trzy punkty spędzały mi sen z powiek.

Z biologicznego punktu widzenia człowiek nie jest monogamistą. Maczało w tym swoje palce uwarunkowanie kulturalne, ponieważ ludzki mózg gadzi niemalże cały czas skanuje otoczenie w celu zebrania informacji na jedno egzystencjalne pytanie: czy jest w otoczeniu ktoś zdolny do prokreacji? I niekoniecznie muszą to być obecna żona, mąż czy kochanek. Mówiąc kolokwialnie, sprawdza, czy mamy szansę na uprawianie seksu – Larry Young i Brian Alexander.

A jednak od zarania dziejów chcemy łączyć się z jedną partnerką/partnerem i spędzić z nim/nią resztę życia, dla niej/niego rezygnujemy z poligamii. Nasza intencjonalność prowadzi do umyślnego wywołania w partnerce pozytywnych uczuć (punkt pierwszy). Niestety z biegiem czasu chęci maleją. Przytłacza nas rzeczywistość, mija namiętność, a intymność to pochyła skierowana w dół. I w tym momencie wkracza zimna kalkulacja. Z premedytacją ograniczamy sobie swobodę rozwiązania związku (punkt drugi). I nie mam tu na myśli wyłącznie wspólnych dzieci, hipoteki czy majątku, który – pozostawiony nam tylko w połowie – znacznie by nas ograniczył. Mówię o uzależnieniu psychicznym, emocjonalnym, aczkolwiek wynikającym często z przyczyn ekonomicznych. Wspominam o ekonomiczności, ponieważ wiele osób nie dostrzega lub nie chce zauważyć, że czynniki te są ściśle ze sobą powiązane. Jestem przekonana, że niejednokrotnie spotkałeś na swojej drodze osobę, której postępowania nie rozumiałeś: on skąpy furiat, nadużywający pięści, a jednak ona przy nim trwa. Najczęściej i ona nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego wciąż w ten związek inwestuje. (Naturalnie są również mężczyźni, którzy wkładają ogromy wysiłek w relację, i chociaż czują, że są wykorzystywani, im również uzależnienie psychiczne nie pozwala odejść. Licząc na jakiś cud, ewakuują się tylko w marzeniach). Tematykę uzależnienia zaakcentowałam wyłącznie w celu wskazania, że do bycia zaangażowanym popycha również niezdrowe uzależnienie.

Po analizie literatury przedmiotu oraz zachowań moich klientów dochodzę do wniosku, że punkt trzeci – nieatrakcyjność innych możliwości w porównaniu z aktualną sytuacją małżeńską, czyli samotność lub powtórne małżeństwo – wykorzystywany jest bardzo często w sposób świadomy, zbyt często i zbyt nadgorliwie. Wyobraź sobie parę bliskich Ci osób. Z daleka pachnie rozwodem, w Twoich oczach ona dawno przestała o siebie dbać lub migreny nachodzą ją tuż przed i po PMS. Albo on – wciąż zapracowany, niemający nawet sił przed snem zdjąć skarpetek. Jedno z nich powiedziało „pas”. Bywa tak, że dopiero słowa „koniec z nami” budzą nie tylko do refleksji, ale i nerwowych działań: fryzjer, kosmetyczka, urlop w prezencie. Miesiącami, a nawet latami zastygają w bezruchu, mając nadzieję, że sznur wokół szyi partnera jest dobrze zawiązany. Niestety czasami odejście nie dusi, a dodaje skrzydeł, ponieważ więzy dawno zostały rozluźnione.

Zaangażowanie jest katalizatorem udanego związku. Gdy wyzeruje się namiętność, gdy spada intymność, procentuje obopólne oddanie, jako stabilizator afiliacji. Zastanów się, czy gra jest warta świeczki, czy Twoje postępowanie wobec partnera/partnerki nie jest zbyt skąpe lub czy przypadkiem nie powinieneś/powinnaś powiedzieć partnerowi, że należą Ci się profity z wieloletniej inwestycji.

Zaangażowanie – przypominam – to świadomy wybór, decyzje i działania.

Dzisiejszy felieton kończy wstępny wgląd w trzy składniki miłości. Mówiliśmy o intymności, namiętności i zaangażowaniu. Jestem jednak skłonna napisać, że brakuje czwartego elementu, który wymienia prof. Jan Rostowski – mowa o empatii. (Nie wspomina on jednak o namiętności).

Czy można liczyć na udaną relację bez zdolności odczuwania stanów psychicznych bliskiej osoby (empatia emocjonalna)? Bez umiejętności przyjęcia jej sposobu myślenia, spojrzenia z jej perspektywy na rzeczywistość (empatia poznawcza)? Poznania jej potrzeb, które z biegiem lat się zmieniają i z tego względu należy je bezustannie weryfikować?

Empatia jest fundamentalną cechą umożliwiającą właściwy dialog zarówno na płaszczyźnie interpersonalnej, jak i ogólnospołecznej. Jej brak powoduje dwubiegunowość stanowisk oraz ich zaognienie, a tym samym wyklucza rozwiązanie konfliktu w sposób ugodowy. Umiejętność empatycznego odczuwania, będącego podstawą zrozumienia drugiego człowieka, to początek wybaczenia. Osoby empatyczne, dzięki umiejętności znakomitego wczucia się w sytuację i psychikę innych stron, mają zdolność rozwiązywania konfliktów, w związku z czym często pełnią rolę mediatorów – Margaret Mahler, psycholog.

Aby Wasz związek utrzymywany był w jak najlepszej kondycji, musicie się wspierać i angażować w jak najdłuższe podtrzymywanie każdego z trzech (plus empatia) składników miłości. Ponadto jakość związku uplasuje się na poziomie Waszych oczekiwań w momencie, gdy oboje zachowacie nie tylko równowagę emocjonalną, ale również bezustannie będziecie podnosić kwalifikacje z obszaru inteligencji emocjonalnej.

Wioletta Klinicka
Trener Integracji Personalnej