Niesamowity maluch

0
838

W ubiegłym tygodniu odwiedziłem wystawę zabytkowych samochodów. Przepięknie odrestaurowane, prezentowały się tak jakby wczoraj opuściły salon samochodowy. Nabrała mnie wielka ochota na przejażdżkę lecz mogłem co najwyżej zająć miejsce w środku (i to tylko w co niektórych modelach). W pewnym momencie natrafiłem na pięknie odrestaurowane maluchy więc  popadłem w nostalgię. To był mój pierwszy samochód i od razu pogrążyłem się w wspomnieniach.

Obecnie samochody te praktycznie zniknęły z naszych ulic. Były obiektem wielu drwin (często słusznych), lecz żaden inny pojazd nie ma tak bogatego wkładu w historię polskiej motoryzacji.  Wyprodukowano go w ilości wynoszącej ponad 4,5 miliona sztuk (z czego 3,3 miliona sztuk wytworzono w Polsce), praktycznie w niezmienionej formie. Przez 20 lat był to najczęściej spotykany pojazd na polskich drogach.

Był to fenomen ekonomiczny, ponieważ nowy był tańszy niż używany. Czterdzieści lat temu kosztował około 69 tysięcy złotych. W dzisiejszych realiach byłaby to kwota wynosząca około 160 tysięcy! Używany można było sprzedać nawet za zawrotną kwotę 110 tysięcy! Aż ciężko to sobie wyobrazić. Za cenę kilkuletniego egzemplarza, można było nabyć dwa nowe modele prosto z salonu. Powodem takiej sytuacji był fakt, że nie wystarczyło mieć gotówkę na zakup samochodu. Aby stać się szczęśliwym posiadaczem Fiata 126, należało posiadać talon (inaczej przydział) uprawniający właściciela do zakupu.

W dzisiejszych czasach staliśmy się coraz bardziej wybredni co do samochodów. Pojazd rodzinny musi mieć spory bagażnik, drzwi z przodu i z tyłu, że nie wspomnę o poziomie wyposażenia. Ponad 30 lat temu był to samochód rodzinny przeciętnego polaka. Owszem były inne pojazdy na rynku (jak choćby Polonez), ale mało kto mógł stać się szczęśliwym posiadaczem (nawet jak miał niezbędną ilość gotówki). Dzięki Fiatowi 126, Polacy stali się mobilni. Widok malucha ciągnącego przyczepę kempingową nikogo nie dziwił. Osiągi schodziły na dalszy plan. Przyśpieszenie od 0 do 100 należało liczyć w minutach. Prędkość maksymalna wynosiła niewiele ponad setkę, a i tak nikomu to nie przeszkadzało. Wyprzedzanie trwało dłużej niż pory roku, a każdy go chciał mieć.

W latach 90-tych, Maluch był na tyle tani, że każdy początkujący kierowca mógł sobie pozwolić na jego zakup. Oczywiście marzył się Opel Kadet lub VW Golf I, ale „Kaszlak” był w zasięgu praktycznie każdego. Młodzi kierowcy mają niezwykła fantazję więc samochody te były wdzięcznym obiektem tuningu. Oprócz założenia owiewki za tylnią szybą lub oklejenia go z każdej możliwej strony, niektórzy obniżali zawieszenie poprzez obcinanie sprężyn z tyłu oraz podkładanie klocka drewnianego  nad przedni resor. Obowiązkowym elementem tuningu była przeróbka tłumika. Samochód musiał być głośny. Dźwięk, który z siebie wydawał nie miał nic wspólnego z bulgotem V8, ale chodziło o coś innego. Miał zwracać na siebie uwagę w pozytywny sposób. Widywałem też modele, których właściciele wyposażali swoje cacka w centralny zamek oraz elektryczne szyby. „Turbinka Kowalskiego” jest świetnym przykładem tuningu już w czasach komunizmu.

Modyfikowano silnik poprzez montaż głowicy z poprzedniego modelu silnika o mniejszej pojemności. Ten zabieg miał na celu poprawić stopień sprężania mieszanki. Nie było wtrysku ani komputera, więc każdy mógł sobie samodzielnie regulować mieszankę paliwową. Oczywiście były i takie modele, których przeróbka ograniczał się do postawienia głośników z mini wieży na tylnej półce i jazdy podkręconą na full muzyką disco. Samochodu jeszcze nie było widać, ale już było słychać nadjeżdżający „disco wóz”. Coraz więcej modyfikacji wykonywanych metodą chałupniczą sprawiło, że maluch stał się pośmiewiskiem na polskich drogach.

Powstawały firmy specjalizujące się w przeróbkach. Na drogach pojawiały się kabriolety, buggy i inne koncepcje, na które mogli sobie pozwolić co zamożniejsi. Dziś wartość kolekcjonerska takich maluchów systematycznie rośnie.

Złomowiska były kopalnią części zapasowych więc nie trzeba było kupować nowych. Niemniej jednak każda wyprawa poza miasto mogła skończyć się awarią silnika. To coś z przodu, przez pomyłkę nazwane bagażnikiem musiało obowiązkowo być  wyposażone w zapasowy gaźnik, komplet narzędzi (parę kluczy, śrubokręt i młotek) oraz jakiś koc i szmaty. Prosta konstrukcja sprawiała, że każdy mógł ten samochód naprawić. W dzisiejszych czasach jak podnoszę maskę samochodu mogę co najwyżej podziwiać plastik osłaniający silnik. Praktycznie do większości prac niezbędny jest komputer diagnostyczny.

Każda wycieczka to była wyprawa. Człowiek po przejażdżce bez żadnej awarii był szczęśliwy i uważał dzień za niemal idealny. Dziś takie sytuacje już nie mają miejsca. Jak nowy samochód odmówi posłuszeństwa to musimy dzwonić po pomoc drogową, tracąc czas, pieniądze oraz nerwy.

Zawsze jest tak, że pamiętamy te lepsze chwilę. Staram się wymazać z pamięci rozruch silnika za pomocą kija (w zimie linki przymarzały do pancerza) lub wymianę gaźnika w trakcie śnieżycy. Pamiętam za to pierwsze przejażdżki z moją dziewczyną (a obecnie żoną), wycieczki wakacyjne z przyjaciółmi – 4 osoby się mieściły i nikt nie narzekał. Ta niezależność, którą oferował mi „Maluch” była wręcz bezcenna. Koniec z marznięciem na przystanku w oczekiwaniu na autobus. Koniec z problemem wyjazdu na wakacje z przyjaciółmi. Te wspomnienia chcę nadal pielęgnować. Chociaż za żadne skarby nie chciałbym stać się ponownie posiadaczem Fiata 126p (z wiekiem człowiek robi się leniwy), to od czasu do czasu z wielką chęcią wybrałbym się na przejażdżkę wspominając stare dobre czasy. Zapewne od razu coś by się zepsuło a ja zadzwoniłbym po taksówkę i to byłby koniec mojej przygody z Maluchem.

 

www.innemoto.wordpress.com
Artur Janas