Pierwszy raz w samochodzie rajdowym

0
623

Odkąd pamiętam, motoryzacja była moim hobby. Piłka nożna do mnie jakoś nie przemawiała. Wolałem słuchać ryku silnika lub oglądać wyścigi samochodowe. Wiadomo – każdy lubi co innego. Gdy trochę podrosłem, wybrałem się na swój pierwszy rajd. Wrażenia z tej imprezy pozostają żywe w mej pamięci po dziś dzień. Ten ryk silników, świst turbin, osiągane prędkości a wszystko to na zwykłych drogach. Jeżeli ktoś nie miał jeszcze okazji to jak najbardziej polecam. Dlatego też, kiedy zaproponowano mi przejażdżkę po odcinku specjalnym w samochodzie rajdowym, nie było takiej możliwości abym odmówił. Musiałem to przeżyć i poczuć te emocje co czują zawodnicy.

W końcu nadszedł ten dzień. Sobota, słoneczko pięknie świeci a ja już nie mogę się doczekać. Przyjechałem czym prędzej aby absolutnie niczego nie stracić. Trwała właśnie próba sportowa więc przy okazji nacieszyłem oczy i uszy. Udałem się na miejsce spotkania (nieco przed czasem) ale już nie mogłem się doczekać. W końcu podjechał samochód, a ja zacząłem się nieco denerwować. Co się stanie jak zrobi mi się niedobrze lub zacznę panikować. Niby nie powinno, ale zacząłem się obawiać. Odcinek drogi znam na pamięć bo często po nim jeżdżę na co dzień, więc pomyślałem, że nie będzie żadnych niespodzianek.

Zatem zaczynamy. Wystrojono mnie w niezbędny strój i kazano pakować się do samochodu. Nie należę do osób szczupłych więc usadowienie się w ciasnym fotelu kubełkowym było na początku wyzwaniem. Po chwili wszystko zostało dopasowane do moich gabarytów i już znajdowałem się w środku. Następnie przypięto mnie pasami do fotela. Czujem się wręcz wkomponowany w fotel. Pasy skutecznie mnie dociskały do tego stopnia, że nie mogłem nawet ruszać ramionami. Dobrze, że plecy nie zaczęły swędzieć bo nie ma możliwości jakiegokolwiek ruchu tułowiem. Nogi zaparte o podnóżek, ja całkowicie skrępowany, wsiada kierowca i zamykają się drzwi. Jeszcze mógłbym się wycofać ale taka możliwość nawet mi przez myśl nie przeszła.

Boxer budzi się do życia. Pracuje nieregularnie na niskich obrotach a ja czuje się fantastycznie. Powoli ruszamy na linię startu. Oczekiwanie trwało wieczność ale już dosłownie za sekundę lub dwie rozpocznie się moja przygoda. W końcu jest! Zapaliło się zielone światło i gaz do dechy.

Samochód wyrwał się do przodu i nabiera prędkości. Przede mną około stu metrów prostej do pierwszego zakrętu. Prawy, około 90 stopni. Jak na razie wszystko w porządku. Samochód wciąż przyśpiesza. Przechodzimy przez zakręt z lekkim odjęciem gazu i przed nami długa na kilkaset metrów prosta. Kolejne biegi, coraz wyższe obroty, coraz większa prędkość. Niestety nie wiem jak szybko jedziemy bo prędkościomierz jest odłączony. Na mój gust zdecydowanie powyżej dopuszczalnej prędkości w terenie zabudowanym ale kto by się tym przejmował. W końcu to droga zamknięta na czas zawodów. Na końcu prostej, auto osiągnęło swoją prędkość maksymalną. Zbliżamy się do ostrego lewego zakrętu. Droga zaraz ostro skręci w lewo, wiec pasowały by może nieco wytracić prędkość. Nic z tych rzeczy, mkniemy dalej. Minęliśmy punkt, gdzie w normalnych warunkach ja zaczynam hamować. A tu dalej nic. W końcu, odjęcie z gazu lekkie dohamowanie i tniemy zakręt.

Droga w końcu zamknięta, więc możemy sobie pozwolić na takie manewry – pomyślałem. Minęliśmy kilka łagodniejszych zakrętów, prawie bez odpuszczania gazu. Ale przed nami prawy łuk, wyjście z lasu i ostry nawrót. No nie, tutaj na pewno trzeba będzie hamować. Jeżdżąc tędy na co dzień, nawrót pokonuje na drugim biegu, z prędkością około 30 na godzinę. Lecz silnik wciąż ryczy a my pokonujemy kolejne metry trasy. Wyjechaliśmy z lasu i już widzę nawrót. OK, najwyższa pora hamować – pomyślałem. Wciąż poruszamy się zdecydowanie za szybko. Już prawie zakręt a tu nic. I nagle czuję jakby mi ktoś worek cementu położył na klatkę piersiową. Następnie kolejna osoba, za wszelką cenę, chciała mi urwać głowę razem z kaskiem. I po chwili ulga. Znowu przyśpieszamy. Jakim cudem tak szybko dało się pokonać ten nawrót?

Nie mam czasu na rozważania ponieważ przed nami wzniesienie oraz bardzo ostry lewy zakręt. Do momentu pokonania tej małej górki, dalsza część drogi jest kompletnie niewidoczna. Na tej trasie, imprezy motoryzacyjne odbywają się już od kilku lat i wiem, że na tym wzniesieniu, niektóre z aut odrywają się od drogi. Wielokrotnie też byłem świadkiem konsekwencji takiego wyskoku w powietrze. Samochód tracił przyczepność, nie było możliwości hamowania, więc auto kończyło na bandzie. Hopka zbliża się bardzo szybko, a ja się zastanawiam, czy kierowca wie, że tam jest lewy zakręt. Nie chcę się nic odzywać aby go nie zdekoncentrować. Zdaję sobie również sprawę, że jedzie ze zbędnym balastem – czyli mną. Co ma być to będzie – pomyślałem. Zbyt dobrze się bawię, żeby to przerwać. Minęliśmy wzniesienie i żołądek prawie mi wyskoczył ustami, potem znów mocne hamowanie, znów mi głowy prawie nie urwało i lecimy dalej. Jeszcze tylko prosta, długi prawy łuk i meta. Już się przyzwyczaiłem do tego, że kierowca wykorzystuje całą szerokość drogi, więc kolejne zakręty nie robiły na mnie takiego wrażenia jak na początku odcinka.

Z pełnym gazem mijamy linię mety i zaczynamy wytracać prędkość. Fajnie było, tylko szkoda, że tak krótko. Na co dzień, jakoś mi się ten fragment drogi zdecydowanie bardziej się dłuży. Zatrzymaliśmy się i wysiadłem. Powinny mi się trząść ręce lub cos w tym stylu, a tu nic. Tylko przyklejony uśmiech od ucha do ucha. To wszystko. Spodobało mi się – chce jeszcze raz!

Później, w domu zacząłem analizować każdy metr przebytej trasy. Od tamtej pory czuję jeszcze większy respekt do kierowców rajdowych. Ja ten odcinek znałem jak własna kieszeń. Pokonałem go w swoim życiu, setki a może i tysiące razy. Ciekawe jakbym się czuł, gdybym kompletnie nie znał drogi. Czy spanikowałbym? Myślę, że nie ale nigdy nic nie wiadomo. Zawodnicy rajdowi pokonują w ten sposób odcinki specjalne. Polegają tylko na tym co widzą w danej chwili oraz na instrukcjach od pilota. Nabrałem do nich jeszcze większego szacunku i od tamtej pory z jeszcze większą przyjemnością, oglądam zmagania na trasach. Jak nigdy tego nie próbowaliście to gorąco polecam. Naprawdę nie zapomniane chwile.

www.innemoto.wordpress.com
Artur Janas

ZOSTAW ODPOWIEDŹ